Chińczyk na wynos – recenzja filmu
Co łączy młodego Chińczyka i podstarzałego Argentyńczyka? Nic. Co nie znaczy, że coś nie może ich połączyć.
Co łączy młodego Chińczyka i podstarzałego Argentyńczyka? Nic. Co nie znaczy, że coś nie może ich połączyć.
Sam Mendes nie nakręcił nowego filmu o przygodach Jamesa Bonda, on nakręcił list miłosny. List, który pozostawi widzów wstrząśniętych (ale nie zmieszanych).
Cienka jest granica między ulotną, kruchą, magiczną muzyką, a niezachwycającym plumkaniem. Niestety, Bat For Lashes ją przekroczyła.
Miłość może zwyciężyć wszystko.
Kochać to nie znaczy zawsze to samo – brzmią słowa przeboju De Mono. I te słowa najlepiej podsumowują “Delikatność”.
Używając terminologii piłkarskiej, album T.Love to remis nie do końca zwycięski. Krążek pierwszy to strzał w dobrym kierunku. Drugi już tak dobrego wrażenia nie robi.
“3850″ to z pewnością najbardziej dojrzała płyta Lipali. Wielowymiarowa, ciesząca mnogością pomysłów i po prostu, zwyczajnie dobra.
Szkoda, że nie powstał film, którego muzyczny podkład miały stanowić kompozycje Lao Che. Chętnie zobaczyłbym, czy twórcy filmowi byli stanie doskoczyć do wysokiego poziomu, wyznaczonego przez muzyków zespołu. Łatwe by to nie było.
Szkoły takich filmów nie lubią, choć to na nie powinny chodzić.
“Jesteś Bogiem” to soundtrack w zasadzie wzorcowy, podręcznikowy. Ale nie genialny.
Film o Paktofonice okazał wielkim sukcesem i jeszcze przed premierą mówiło się o kultowej produkcji. Muzyka z płytą do dzieła Leszka Dawida aż takim kulturowym fenomenem się raczej nie stanie, ale i przyczepić się nie ma do czego.
Nie wiem, czy Flying Lotus przebije się kiedyś do muzycznego mainstreamu. Wiem za to doskonale, że po raz kolejny zapisał na koncie wspaniałą płytę, która pozwala przenieść się w zupełnie inny wymiar.
Chcecie miło i przyjemnie spędzić czas w kinie? Na chwilę przestać myśleć o troskach i w ogóle niewiele myśleć? “Uprowadzona 2″ czeka.
Takie płyty to prawdziwy koszmar dla recenzenta. Takie, czyli jakie? Dobre. Nie powalające, zmieniające historię muzyki, rewolucyjne, ani też fajne, przyjemne, super. Po prostu… dobre.
Mark Knopfler wciąż sentymentalny, refleksyjny i nawiązujący do swoich muzycznych korzeni. Na “Privateering” bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Ten film wiele obiecuje, przez chwilę nawet oczarowuje tajemniczo-uwodzicielską atmosferą, rytmem, obrazem, wciąga intrygą, zachwyca aktorami. Im bliżej jednak finału, tym trudniej uciec od rozczarowania.