The Offspring “Days Go By” – recenzja muzyczna
Na zdjęciach promocyjnych czterech już nie najmłodszych kolesi siedzi sobie z w kabriolecie. I właśnie do słuchania w takim miejscu nadaje się ich nowy album.
Na zdjęciach promocyjnych czterech już nie najmłodszych kolesi siedzi sobie z w kabriolecie. I właśnie do słuchania w takim miejscu nadaje się ich nowy album.
Przerażającą wizję świata przedstawia nam David Cronenberg – nudną, drętwą i sztuczną.
W zabieganym świecie, w którym często mylimy prawdę z fałszem, a jawę ze snem, grupa Metric proponuje, by na moment przystopować. A może nawet pokusić się o jakąś refleksję.
Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem – zdaje się przypominać reżyser Mikkel Munch-Fals w posępnej antykomedii “Nie ma tego złego”.
I znów wypada powiedzieć: “Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”.
Nie wiem, czy przejażdżka samochodem marki Chevrolet model El Camino to przyjemne doświadczenie, ale bliskie spotkanie z nową płytą The Black Keys, której tytuł zainspirował wspomniany pojazd, do takowych z pewnością można zaliczyć.
Faceci i ich ptaki. Niesamowite, jak wiele są w stanie dla nich zrobić.
Amerykanie w Europie. Wiadomo, że skończy się to katastrofą.
Na jednym ze zdjęć z płyty, Regina Spektor siedzi rozmarzona na rogaliku księżyca. Ale na krążku artystka pokazuje nie tylko refleksyjne oblicze. Bardzo często nieźle się bawi.
Polubiłem tych wariatów od pierwszej EP-ki. A Żywiołak, choć personalnie się trochę zmienia, to odwzajemnia moje uczucia niezmiennie doskonałą muzyką.
Komu pomimo trwającego Euro 2012 mało jeszcze piłki nożnej, niech koniecznie wybierze się do kina na serbskie dzieło “Montevideo, smak zwycięstwa”.
Po sukcesie “Drive” do naszych kin trafia wcześniejszy obraz Nicolasa Windinga Refna, “Valhalla. Mroczny wojownik”. Kto szuka podobnych wrażeń, będzie jednak rozczarowany.
Z jednej strony to wspaniałe, z drugiej nieco niepokojące, że tak kapitalną, dopracowaną, a jednocześnie współczesną płytę nagrywa 68-latek.
Jeśli Big K.R.I.T. miał tym albumem postawić ostateczną pieczęć na tytule nowego króla hip-hopu z południa Stanów Zjednoczonych, to najwyraźniej albo zabrakło mu tuszu, albo jeszcze nie jest do tej roli ostatecznie przygotowany. Co nie znaczy, że “Live from the Underground” to wydawnictwo słabe, nic z tych rzeczy.
Jakby komuś było mało emocji na Euro, niech wybierze się na “Szepty”.